Strefa dla zakochanych :: opowiadania miłosne
Przyszedł do mnie chłopiec i powiedział:
-Mam problem. Na ostatniej konferencji ksiądz użył słowa
"zakochać się" i uparcie rozróżniał je ksiądz
od sformułowania "pokochać", ale nie wyjaśniając
w czym rzecz. Być może, że ksiądz omawiał to zagadnienie
na którejś z wcześniejszych konferencji, na której nie
byłem, ale dla mnie nie ma różnicy pomiędzy jednym a
drugim.
Tak, jeżeli o tym mówiłem, to dlatego, że uważałem,
że wszystko jest jasne. Jeżeli jednak nie jest, to spróbujmy
to wyjaśnić. Zakochać się, to znaczy być olśnionym,
zachwyconym. Pięknem zewnętrznym czy też wewnętrznym
drugiego człowieka. Pozostawać pod jego urokiem. Bo
go olśniła jej uroda, dziewczęcość, twarz, włosy, usta,
sylwetka, takt, wdzięk, dobroć, mądrość, jej umiłowanie
piękna. Bo ją ogarnął jego czar, chłopięcość, prostota,
odwaga, zapał do życia, do działania, do twórczości,
jego męska postawa, jego poglądy, sposób patrzenia na
życie, jego zarys brody, piękne włosy, oczy. Bierność.
O właśnie, może to słowo jest tu najbardziej potrzebne.
"Tak chciałabym być w jego towarzystwie, tęsknię
za nim, każda chwila bez niego zdaje się być stracona,
marzę o tym, by znowu go spotkać. Chcę słyszeć jego
głos, chcę wpatrywać się w każdy jego ruch, gest. Marzę
o tym, by go dotknąć jak największej świętości. Pocałunek
jest szczytem mych pragnień". To jest z reguły
miłość nastolatków, która trwa dwa tygodnie, albo do
wakacji, albo przez wakacje, i kończy się tak szybko
jak się zaczęła, która przechodzi jak śnieg wiosenny.
Nazywa się ją często "zieloną miłością" -
i trafnie, bo ona jest jak niedojrzały owoc, który zanim
dojrzeje, więdnie i spada. To jest miłość nastolatków
do pana profesora, do pani profesorki, do aktorów, do
śpiewaków, do jazzmanów, do kolegów i koleżanek klasowych.
To jest typowe "chodzenie ze sobą". Chodzą
i gadają. Bez końca. Gdyby można było przysłuchać się
tej gadaninie. Bardzo często jest to monologowanie.
Każdy mówi sobie, o sobie. Gdy kończy, zaczyna partner.
A właściwie nie partner. Bo trudno mówić w takim wypadku
o partnerstwie. Ale tu ani jednemu, ani drugiemu nie
przyjdzie do głowy, że można by się na przykład razem
uczyć, choć jednemu z nich nauka idzie trudno, że można
by razem np. malować mieszkanie, bo akurat jedno ma
takie zadanie przed sobą.
Zakochanie się ma ten charakterystyczny element bierności.
Jeszcze w początkowej fazie nie jest to egoizmem, ale
istnieje niebezpieczeństwo, że gdy tak zostanie, przerodzi
się w egoizm. Tymczasem taki zachwyt, który jest podstawowym
elementem miłości, powinien być jej pierwszym etapem.
Człowiek od zakochania się powinien przejść do pokochania.
To nie jeden krok, ale to przepaść, którą trzeba przekroczyć.
Bo miłość to bycie do dyspozycji, to gotowość do tego,
by służyć, pomóc, przydać się, zaopiekować się. To chęć,
by być potrzebnym.
Pokochanie nie jest obce oczarowaniu. Wprost przeciwnie.
Człowiek zachwycony drugim człowiekiem, pozostający
pod jego urokiem, prawdziwie za nim tęskniący, szukający
jego towarzystwa, podświadomie wyczuwa, że nie można
poprzestać na patrzeniu, na słuchaniu, że nie może wszystko
skończyć się na biernej postawie brania, czerpania,
chłonięcia, ale trzeba wejść w życie człowieka, w którym
się zakochało, zbliżyć się do niego, złączyć się z nim,
być razem. Świetnym sposobem bycia razem jest wspólna
praca. Bo to nie tylko uczestniczenie w tym, co ukochana
osoba robi, ale to uczestniczenie w jej życiu, w jej
osobowości. Bywa tak, że tylko jedna strona przechodzi
z etapu zakochania się na etap pokochania i stąd wynikają
dziwne sytuacje, bo partner, który do tego kolejnego
etapu nie dorósł, nie bardzo wie, o co chodzi, traktuje
usiłowania drugiej strony jako wtrącanie się, ingerencję
w jego sprawy. Ale bywa, ze wreszcie zrozumie. Wtedy
już będzie chciał, by wszystko było razem. Będzie się
cieszył z każdej wspólnej pracy, z każdego wspólnego
obcowania. Na tej linii leży małżeństwo. Właśnie, bo
małżeństwo to nie tylko współżycie seksualne, to nie
tylko dzieci, ale to właśnie przede wszystkim bycie
razem również poprzez wspólną pracę, tę zwyczajną, domową,
codzienną i jakąkolwiek, jaką tylko życie przyniesie.
Jedną z form tego bycia razem jest współżycie seksualne.
I cudownie, gdy się tak składa, że małżonkowie mają
ten sam albo podobny zawód. Gdy mogą maksymalną ilość
czasu spędzać ze sobą, gdy wciąż, bez przerwy prawie
trwa to wzajemne współżycie, wzajemny dialog, wzajemne
wpatrywanie się w siebie, wzajemne uzupełnianie się.
A jeżeli tak nie składa się, to trzeba to uzupełnić,
opowiadać sobie, jak dzień wyglądał, szukając potwierdzenia
swoich decyzji, rozstrzygnięć, sądów, wyroków, opinii.
Ale, niestety, zdarza się, i to zdarza się częściej,
niż sądzimy, że człowiek zatrzymuje się na zakochaniu
się i taki właśnie - zupełnie nie przygotowany - wchodzi
w małżeństwo. Bywa, że potrafią - już w czasie trwania
małżeństwa - oboje, albo przynajmniej jedna strona,
naprawić ten układ i doróść do prawdziwej miłości. Ale
bywa - i tak jest częściej - że nie potrafią. I dochodzi
do tragedii. Ona była nastawiona na branie jego piękna,
czaru, uroku, na jego męskie gesty, na jego stanowcze
posunięcia. Ona czekała na jego działanie, na twórczość,
na jego pracę dla niej. Ona chciała jego pocałunków,
czekała na noszenie na rękach. Do głowy jej nie przyszło,
że to ona w tym jego zmaganiu się z rzeczywistością
powinna uczestniczyć, że to ona ma stanąć przy nim ramię
w ramię i walczyć o nowy kształt wspólnej rzeczywistości.
Nawet, gdy przymuszona zacznie działać i pracować, to
nie razem, ale samotnie - z ambicją albo chciwością,
poświęceniem albo robieniem pieniędzy, z nienawiścią
albo z chęcią pokazania, że ona też potrafi, ale nie
na to, żeby się jednoczyć ze swoim mężem. Tego nie rozumie.
Nie wie, o co chodzi. Dla niej słowo "miłość"
co innego znaczy. Ona była zakochana. Teraz przestała
kochać, bo się rozczarowała. Jest w małżeństwie, bo
jest. Ale kochać nie umie: nie umie być razem.
Jakie jest życie codzienne, takie i współżycie seksualne.
Nastawionej biernie na branie - żeby było dobrze - na
otrzymywanie, w ogóle nie przyjdzie do głowy, by zastanawiać
się nad tym, co czuje jej partner. Tak jak w życiu,
tak i w tej sytuacji nie rozumie, ze powinna być razem,
a na to trzeba odczuwać drugiego człowieka każdym nerwem.
Że trzeba starać się, by on był szczęśliwy, że jest
tylko "razem".
To samo, gdy chodzi o męża kochającego się w swojej
żonie, żonie, która miała być ozdobą jego życia, bukietem
w jego solidnie urządzonym mieszkaniu, a która na co
dzień inaczej zaczęła wyglądać, inaczej zachowywać się
niż w czasach narzeczeńskich. Wobec tego on przychodzi
z pracy, kładzie się na leżance, rozkłada gazetę i nic
go więcej nie obchodzi. Uważa, że jego męski obowiązek
dla domu jest skończony. Ma podzielny zakres obowiązków
na swoje i żony. Do tamtych nawet nie zagląda - uważałby,
że to poniżej jego godności. Robi to, co do niego należy
i znika. Ma swoich kumpli, do których obowiązkowo musi
iść, ma swoje interesy i przez myśl mu nie przejdzie,
że mogłoby być inaczej: że treścią życia powinno być
właśnie bycie razem przy każdej nadarzającej się okazji,
jakąkolwiek by była, choćby poprzez wspólną pracę domową.
Ma dom i żonę, ale właśnie na zasadzie "mieć"
a nie "być". Ma żonę tak jak ma samochód,
ale naprawdę to jest starym kawalerem. Nawet się tym
szczyci, że, mimo iż jest żonaty, pozostał wolny.
Jak się nauczyć miłości. Gdzie się nauczyć miłości.
Najprościej w domu. Przy rodzicach. Patrząc na rodziców.
Jeżeli oni są w tym względzie przykładem. Gdy dziecko
widzi, jak rodzice razem pracują, jak sobie wzajemnie
pomagają, jak cieszą się sobą będąc razem, dzieląc się
swoimi osiągnięciami, satysfakcjami, strapieniami, szukając
u siebie pomocy, zrozumienia, zwierzając się sobie ze
swoich kłopotów, będąc razem w pełni szczęśliwi.
A gdy w twoim domu jest źle? Powiem ci: na złych przykładach
też się można uczyć - na zasadzie negacji. Kiedy stwierdzasz,
że w twoim małżeństwie będzie przeciwnie.
Ks. M.Maliński - Zanim powiesz kocham
| Dodał: anonim

